Podobnie jak rok temu, nasz „the best team” znów robił zamieszanie w sektorze dla osób z niepełnosprawnościami. W drugim dniu tego siatkarskiego pikniku… chrypka była, czyli nie było six seven, lecz była za to świetna zabawa 😀.
O tę zabawę zadbali nie tylko siatkarze na parkiecie — choć to dla nich tam pojechałem. Swoje dorzucił też wodzirej, który pilnował, żeby atmosfera na trybunach była przednia💪. A „kawa z diabłem” leci mi w głośnikach do dziś.
Góra z górą się nie zejdzie, lecz człowiek z człowiekiem zawsze — i to przysłowie miało pełne pokrycie w krakowskiej Tauron Arenie😉. Jak sama powiedziała, musiałam jechać aż do Krakowa na mecz, żeby spotkać legendę siatkarskiego kontentu w internecie. Z tą „legendą” trochę przesadziłaś, ale jedno jest pewne — nasi licealni humaniści muszą wziąć się do roboty i w końcu zorganizować spotkanie😎.
Na moment wrócę do tego, co jest osią całego posta — do siatkówki. Mecz naszych Orłów z Amerykanami (3:1), czyli mały rewanż za finał VNL sprzed kilku tygodni, poprzedziło starcie Francji ze Słowenią (3:1). Wszystkie trzy reprezentacje szlifowały formę przed startującymi już za tydzień Mistrzostwami Europy.
Mojemu siatkarskiemu oku nie umknęła świetna gra Trójkolorowych, zwłaszcza Stephena Boyera — widać, że odejście z Rzeszowa wyszło mu na dobre. Ale chyba nikogo to nie dziwi😉.
Czy mistrzowie olimpijscy będą groźni na mistrzostwach Starego Kontynentu — to się dopiero okaże, ale ich forma w Krakowie wyglądała naprawdę solidnie.
Punktem kulminacyjnym tego dnia był mecz naszych Orłów z Amerykanami — na który oczywiście czekałem. Niektórzy czekali przede wszystkim na „Forniego” w wyjściowym składzie zwycięzców tegorocznej VNL, ale się nie doczekali. I tak oto sens tej dyscypliny został na chwilę zaburzony (tą osobą oczywiście nie byłem ja😂).
Choć było mi dane po raz czwarty odśpiewać na żywo dwie zwrotki Mazurka Dąbrowskiego. A spod moich okularów leciały łzy — nie tylko z wrażliwości, którą zawdzięczam swojemu „pakietowi szczęścia”, ale też z dumy bycia Polakiem i kibicem tej dyscypliny💗.Podobnie jak na meczu Francji ze Słowenią, tak i na „naszym” meczu włączyłem swoje siatkarskie oko. Widać było, że nasi reprezentanci potraktowali ten mecz jak solidny trening wszystkich elementów — i całkiem dobrze im to wychodziło, co zresztą widać po wyniku.
Nasuwają mi się dwa pytania. Czy rola, jaką Artur Szalpuk pełnił w tym meczu i całym Memoriale, oznacza, że szybciej zamelduje się na Podpromiu? I czy Jakub Majchrzak wykorzysta pech Bartłomieja Lemańskiego i pojedzie na swoje pierwsze w karierze Mistrzostwa Europy? Odpowiedzią na te pytania będzie czternastka, jaką Nikola Grbić zabierze na docelową imprezę tego sezonu😎.
Po meczu przyszedł czas, żeby oblać fakt, że po raz pierwszy w historii moje kibicowanie w krakowskiej Tauron Arenie przyniosło szczęście naszym Orłom😉.
Ci, którzy mnie dobrze znają, wiedzą, że jestem nie tylko od siatkówki i tańca, ale też od różańca. Dlatego nazajutrz pojechaliśmy do Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w krakowskich Łagiewnikach — a obrazki z dąbrowickich wczasorekolekcji wracały kilkukrotnie😇.
Rok to dużo i byłem pod wrażeniem, jak najmłodszy członek rodziny szalał po autostradzie. Dla niektórych było to za szybko (dla mnie nie😋). Humory nam dopisywały, co zresztą widać na zdjęciach i nagraniach — po obejrzeniu jednego z nich możecie mieć mieszane odczucia, macie do tego pełne prawo😊. Może to przez smak nachosów… przez chwilę myślałem, że napiszę współczesną wersję legendy o smoku wawelskim i wypiję wodę z Wisły.
Fajnie, że nie byłem jedynym reprezentantem mojego „pakietu szczęścia” na trybunach największej hali w kraju. To oznacza, że nie tylko ja czuję flow tej dyscypliny💚.


















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz